1 Sty

Życzenia noworoczne

W skomplikowanych meandrach współczesnego świata, w natłoku tradycji, powinności i oczekiwań często zapominamy o sobie i swoich potrzebach. Dotyczy to zarówno neurotypowej, jak i neuronietypowej części populacji.

Polska należy do wyjątkowo skomplikowanych kultur w wymiarze indywidualizmu i kolektywizmu. Cenimy sobie rozwój osobisty, czerpiąc z wzorców zachodnich korporacji, lecz w innych aspektach – np. więzi rodzinnych, czy  niezwykle mocno trzymamy się kolektywizmu i tradycji. Nie ma nic złego w rytuałach i schematach, tak długo jak my rządzimy nimi, a nie one nami. Trudno jest czasem wyłamać się z uginających się stołów, wyszukanych prezentów w aspekcie świąt, a w przypadku sylwestra – z utartego obowiązku hucznego świętowania do białego rana, oblanego sowicie alkoholem, podczas gdy nasze wnętrze błaga o wyłączenie się i wytchnienie od atakujących nas promocji, życzeń, powinności, postanowień noworocznych.

Pozwalam sobie na tę refleksję, po raz pierwszy myśląc naprawdę samodzielnie o sposobie spędzania świąt (potrzeba do tego było świadomości, że usilne dzielenie krótkiego okresu świątecznego między dwie oddalone o 250 km rodziny jest pozbawione głębszego sensu). Zwerbalizowanie tych wątpliwości kosztowało mnie wprawdzie sporo stresu i łez, lecz w końcowym rozrachunku okazało się zbawienne dla mojego zdrowia psychicznego i żołądka – jako, że szła za tym zrównoważona konsumpcja, prawdziwie wartościowy czas bycia razem (i nie osobno). Ostatecznie podczas świąt jedna z rodzin cieszyła się NASZĄ pełną obecnością w ich świętowaniu, podczas gdy druga będzie musiała poczekać do nie tak odległej Wielkanocy. Czy uważność na drugiego człowieka, czasem kosztem pewnego kompromisu, nie jest paradoksalnie wyrazem większego szacunku i prawdziwą magią Świąt? Co znamienne, po powrocie do codziennych obowiązków byłam prawdopodobnie jedną z nielicznych osób, która mogła powiedzieć o sobie, że miała idealne święta. Zewsząd słyszałam narzekanie na przejedzenie, umęczenie, a nawet stwierdzenie, że dopiero teraz, wracając do pracy, będzie można mówić… o odpoczynku. Czy jako ludzie, hołdując tzw. normalności, nie popadamy w przesadę i sami sobie tym nie szkodzimy?

Trudno się dziwić, że psychiatrzy i psychoterapeuci mają ręce pełne roboty, skoro nie potrafimy w całym zabieganiu zadbać ani o siebie, ani o tych, których mamy pod opieką. Nie jest to atak ani zarzucenie wychowawczego zaniedbania, nic z tych rzeczy – jest to refleksja. Przykładowo, mimo, że skutki reformy edukacji obserwuję już ze znacznego dystansu, nie potrafię pozbyć się wrażenia, że w środku Europy fundujemy sobie wyścig szczurów. A przecież znacznie większą stawką tego całego zamieszania jest poczucie własnej wartości, talentu, potencjału, umiejętność zarządzania czasem, dbania o własne potrzeby… może również o własną tożsamość. To te składowe będą mieć tak naprawdę znaczenie w dorosłym życiu Czy potrafimy się tego uczyć, przytłoczeni schematami zabieganiem i walką o byt? Czy uczymy tego swoje dzieci, czy nieświadomie porzucamy je na pastwę losu? Wrogów samodzielnego myślenia jest sporo. Internet kusi nierealnymi wzorcami piękna, idealnego życia, które nie istnieje – jak wielu łapie się na tę ułudę, cierpiąc przez to psychicznie! Jak wielu, bojąc się wziąć sprawy we własne ręce lub przesypiając najlepsze momenty, zazdrości jedynie innym (w myśli, słowie lub czynie) lub żyje wspomnieniami… My, ludzie, bywamy tak boleśnie sterowalni. Łatwopalni, co pokazuje medialna taktyka czerwonego śledzia. Głupimi, niestety, łatwiej jest rządzić. Przykro patrzeć, kiedy sami czynimy swoje życie piekłem. Naprawdę, przykro. Na wiele rzeczy nie mamy wpływu, ale na część składowych – a i owszem…

Często słyszę w swoim otoczeniu narzekanie, że dzieci, zamiast się nudzić w przerwie świątecznej, mogłyby robić coś do szkoły… Nie jest dobrze promować lenistwo i nadmiernie zawierzać bezstresowemu wychowaniu, ale czy bezrefleksyjnie projektując pewien schemat, nie czynimy innym krzywdy? Odkąd pamiętam, nie umiałam odpoczywać. Częściowo wynikało to z mojego charakteru (jestem człowiekiem czynu i nieuleczalnym zadaniowcem), jednak czasami mam wrażenie, że pewne schematy, jakie wyniosłam z domu rodzinnego, pozostały w nim i silnie oporują przeciw zmianie… Trwam w pewnej dumie, że przespałam sylwestrowy huk i nie obudziłam się z syndromem dołu poświątecznego, mimo że chmury spowijają niebo już drugi tydzień. Że nie stałam się niewolnicą kalendarza i odłożyłam huczne świętowanie na dzień, kiedy naprawdę będę mieć na to ochotę. Że przeżyłam kolejny rok i starałam się dać żyć innym, choć częściej zderzałam się z barierami ze strony innych, niż własnej. Że mimo zauważalnego wypalenia u końcu roku, dałam sobie czas, nie pogłębiając zadry wynikającej z codziennego boksowania się z życiem. Angielskie przysłowie mówi: przyjdzie czas, przyjdzie rada. Przyszedł właśnie nowy rok – rok planów, marzeń, aspiracji, być może czasem walki. Nie unikniemy tego.

Na początku nowej drogi, u szczytu kolejnej góry do zdobycia, życzę Wam przede wszystkim samodzielnego myślenia. Jak najwięcej i najczęściej. Żebyśmy nie dali się wzajemnie wodzić za nos i dzielić. Życie jest za krótkie, żeby przejmować się pierdołami i biernie przemykać się chyłkiem.  Może gdybyśmy umieli zawalczyć o siebie, nasza psychika rzadziej biłaby na alarm? Może okazałoby się, że świat nie jest jedynie polem walki, a przestrzenią kreacji? Może nie trzeba tak wiele, jedynie odrobiny zdrowego rozsądku i postawienia się pewnym natręctwom, z poszanowaniem drugiego człowieka?

Szczęśliwego Nowego Roku, kochani. Bez względu na wszystko.

Weronika Miksza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.